środa, 10 grudnia 2014

Panika, postrach i zgrzyt zębów.

Byłem wczoraj na mieście. Rzadko się wybieram, ale czasami mi się zdarzy - do sklepu czy na spacer. A że piździ jak cholera, to spacer fajna rzecz.

Ludzie reagowali na mnie dość dziwnie. Jeden facet spojrzał na mnie, wyjął telefon i wezwał policję. Inna baba darła się "Wariat, ludzie no świr, bandyta - dzwońcie po kogoś!". Ja jestem wariatem czy ty stara ruro? To ja się drę jak pojebany na ulicy?

Mijałem jakąś grupę dzieciaków, przedszkolaki chyba. Na mój widok zaczęły piszczeć, drzeć się i uciekać w popłochu we wszystkie strony. Pomyślałem, że bawią się w berka może. Przedszkolanki zwariowały, zaczęły krzyczeć na te dzieciaki, ale potem mnie zobaczyły i też kurwa rozbiegły się na cztery strony świata.

wtorek, 7 października 2014

Epilog do "Mów do mnie przez sen"


EPILOG


Obudziła się jak co dzień. Przecież każdy dzień wyglądał tak samo. Wstaje, całuje go na „dzień dobry”, po porannej toalecie szykuje śniadanie, które zjadają razem uśmiechając się do siebie nieustannie. Później wychodzą. Z mieszkania, w którym siedzą od ślubu. Z mieszkania, do którego wniósł ją wtedy na rękach. On wychodzi do pracy. Jest mechanikiem w warsztacie samochodowym na przedmieściach, który prowadzi z pomocą kolegi ze szkoły. Ona pracuje w policji. Nie jest jednak policjantką, pracuje tam jako pani informatyk. Czasem odbiera telefony, jej biuro jest tuż obok pokoju do przesłuchań, więc sporo widzi
.
Od lat są szczęśliwym małżeństwem. Sąsiedzi ich uwielbiają, a z racji tego, że oboje nie mają nikogo poza sobą, to właśnie mieszkańcy tej samej ulicy są ich rodziną. Nie mają dzieci, choć chcieliby. Ale o tym później. Mieszkają w pobliżu centrum, w dzielnicy domków jednorodzinnych. Są jak z bajki. Żyją razem, po pracy spędzają czas razem, nie przynosząc obowiązków zawodowych do domu.

poniedziałek, 6 października 2014

Pisałem kiedyś powieść o miłości.

Pisałem kiedyś powieść o dwójce młodych ludzi. Chorobliwe w sobie zakochanych, ich miłość była.. ich miłość była.. (kurwa, przełknij to).. ich miłość była.. piękna w chuj.

Ona miała ze 20 lat, on ze 25. Taka niewielka różnica, w granicach dobrego smaku. Dosłownie dobrego smaku, ciała w tym wieku najlepiej smakują, wierzcie mi.

On był policjantem, ona biegała w maratonach. Pojebana, ale co zrobisz. Dobrze biegała, zdobyła tam jakieś miejsce ostatnio.

Pisałem o tym, że są szczęśliwi, że planują dzieci, że zbierają na mieszkanie. Generalnie taka bajeczka o szczęśliwej parze. I skłonni byli mi ją wydać pewni ludzie, ale potem przesłałem im kolejne rozdziały.

sobota, 4 października 2014

Siadam. Piszę. Czytasz.

Siadam. W podartym fotelu, zrzucając z niego mojego przećpanego kota, któremu codziennie wrzucam w jedzenie pokruszone tabletki nasenne. Latach po nich jak pojebany, a jak się uspokoi, to patrzy na mnie wzrokiem, który mówi: "Kurwa, Frank! Daj mi więcej tego gówna!"

Piszę. Czasem bzdury, bez pomysłu. Czasem też bez pomysłu, ale już nie bzdury. Czasem mam pomysł, ale nie mogę napisać nic. Czasem mam pomysł i napiszę. Pierdolona sinusoida, jak uśmiech od ucha do ucha.

Czytasz. Ten akapit dopisz sobie sam w głowie.

czwartek, 2 października 2014

Spierdalam.

Nie wiem jak wy, ale ja spierdalam. Nie chce mi się słuchać bzdur na temat różnic między oczekiwaniami kogoś wobec mnie, a tym jaki naprawdę jestem. Boże, twoje dzieci chyba dzisiaj wolą twojego kuzyna z piętra niżej.

Ciągle gonić. Już nie mówiąc, o świecie, w który możesz mieć niemal wszystko za stertę papierów. Pierdolę taki świat i nic mi nie zrobisz.

Spierdalam tam, gdzie nie ma nic. Będę jebanym Kononowiczem w swoim własnym małym świecie pełnym pustki. Takiej pustki, jakiej tu mi brakuje. Ciszy, którą tutaj przerobiliśmy na niechcianego wujka z zachodu. Unikamy jej jak ognia, a czasem tylko w trakcie ciszy możemy cokolwiek zbudować.

Nie chce mi się pisać więcej, bo mam wrażenie że to tylko słowa dla was. A dla mnie nie, dla mnie to coś dużo więcej. Więc parafrazując jedną z epizodycznych postaci w "Fali Zbrodni":

Dobra, to spierdalam.

niedziela, 28 września 2014

Sen o chłopcu z bronią.

Miałem sen.

Byłem amerykańskim żołnierzem na środku pustyni, schowanym za wzniesieniem. Wszyscy moi koledzy nie żyli, ostatni właśnie wypluł ostatni litr krwi na moje buty. Gdzieś tam czaił się wróg. Kilku, kilkunastu, a może kilkudziesięciu przeciwników. Zmęczenie, strach, nerwy i niepewność najbliższych godzin sprawiała, że większego wroga widziałem w samym sobie.

W tej samej chwili, z teoretycznie czystej strony, nadszedł mały czarnoskóry chłopiec. Na jego ramieniu dojrzałem karabin. Płakał. Powiedział do mnie (po polsku oczywiście, to był sen, nie było czasu na uczenie się murzyńskiego, kurwa mać), że chciałby przedstawić mi swoich braci.

Zaprowadził mnie kawałek dalej. Nagle pustynia zmieniła się w zburzone miasto (again, to był sen, jebać jakąkolwiek logikę). Na środku ulicy pełnej gruzy leżały ciała kilku chłopców. A mój murzynek zaczął przedstawiać ich z imienia. Stojąc na baczność. Salutując w ich stronę. Z trudem powstrzymywał łzy.

Był bezbronny, choć w ręku trzymał karabin, jaki widywałem tylko na filmach. Był smutny, choć on sam jeszcze żył. Był zły, bo czuł, że dzieciaki w tym wieku nie muszą odstrzelać nikomu głowy.

A jednocześnie był dumny. Z tych, którzy polegli. I z siebie. A ja byłem amerykańskim żołnierzem.


poniedziałek, 22 września 2014

Świat zdziwaczał.

Kiedyś świat bał się dziwaków. Byli zamykani w zakładach dla obłąkanych, chociaż tak naprawdę może z 20% to byli obłąkani. Dziś świat potrzebuje dziwaków. Bo okazuje się, że Ci teoretycznie normalni ludzie zdziwaczeli do końca. Nie ma takiego słowa? Pierdol się, już jest. Świat zdziwaczał i tylko świry będą mogły go uratować.

Szedłem ostatnio obok przedszkola. Mały chłopiec chciał, żebym podał mu piłkę. Kiedy podałem, powiedział "Dziękuję Panu bardzo" i poszedł. Fajnie, co?

Nie kurwa fajnie. Ten mały chłopiec mówi tak dziś, jutro i pojutrze. Jest 70% szans na to, że jak będzie w moim wieku, nie dość, że nie będzie pamiętał o takich zwrotach jak "proszę" czy "dziękuję", to jeszcze pewnie będzie psycholem. Psycholem, kumasz?

Wszystko dookoła sprawia, że świrujemy. Ja jestem jakimś idiotą, który wypisuje bzdury o tym, że zabija ludzi, a zwłoki trzyma w piwnicy. Oni to czytają i im się to podoba. A co, jeśli naprawdę trzymam zwłoki w piwnicy? Dostałbym masę wiadomości od ludzi, w których pisaliby że jestem świrem. A w niektórych wiadomościach byłoby "Gdzie mieszkasz? Chętnie zobaczę to, co robisz". Kurwa, dziwaki. 

Dzieci idą do szkoły, gdzie uczą ich życia. Hahahaha, bzdura jak to, że Dawid Kwiatkowski to polski Justin Bieber. Czepiłem się tego Kwiatkowskiego, co? Jeb się. Dalej będę to robił. Do Justina Biebera brakuje mu kilkunastu tatuaży i kilkudziesięciu kilogramów heroiny w garażu. A dzieci to idą do szkoły po to, żeby rodzice mieli złudne wrażenie, że wyrosną na mądrych ludzi. 

A mądry to będzie ten, kto zrozumie, że prawdziwe życie dzieje się na ulicach. W jebanych urzędach, gdzie w kolejce spędzasz więcej czasu niż jakbyś wjeżdżał na Śnieżkę. Tak kurwa, czekasz kilka pieprzonych godzin, żeby dowiedzieć się, że to nie to okienko i musisz iść do pani w pokoju obok. A tam już czekają na Ciebie plecy kolejnych kilkudziesięciu osób. BLAUU!

Wylałem frustrację. Idę zaprowadzić dziecko do szkoły. Tfu, przejęzyczenie. Idę zaprowadzić do piwnicy zwłoki tej staruszki co mi wpadła rano pod koła. Kto normalny idzie chodnikiem? Bezsens. 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Nieposkładanych myśli pewna część.

Mam za mało uczuć. Nie chodzi o to, że ich znam za mało. Jakoś tak czuję za mało. Pieprzyć zwłoki w piwnicy i pisanie krwią po ścianach, pogadajmy poważnie.

Jeśli kocham jedną osobę to czy jestem mniej uczuciowy niż wtedy, kiedy kocham ich kilka na raz? Przecież tym tropem idąc, najbardziej uczuciowym człowiekiem na świecie byłby Charlie Sheen.

Charlie to as. Swoje dzieci widuje często ale zawsze tylko przez chwile. Na twarzach prostytutek.

Długo nic nie pisałem. Nie wiem czy chcę jeszcze pisać. Wyrzucam z siebie cały syf, nie myśląc o tym, że po części trafia do każdego z Was. A chciałem rozdawać tylko pozytywne emocje.

Zastanawiałeś się kiedyś człowieku nad życiem? Bezsens, wiadomo że robisz to co chwilę. No i co dalej? Jedyne wnioski do jakich dochodzimy nawet po kilkugodzinnych przemyśleniach, to 'zobaczymy jak to będzie, może nie będzie źle'. Bzdura.

Zawsze będzie coś źle. Zawsze będzie coś dobrze. A my już mamy tak, że nawet jak na 10 dobrych rzeczy przypada jedna zła, to skupiamy się właśnie na niej. Czas z tym skończyć. Powodzenia.

piątek, 20 czerwca 2014

Nie chcę być zły.

Nie chcę być zły już. No kurwa nie chcę! Te ciągłe spojrzenia w moją stronę, jakbym był jakimś jebanym dziwolągiem. Te obelgi rzucane w moją stronę na tyle głośno żebym usłyszał, ale z na tyle daleka, żebym nie zdążył zareagować. Strategia po chuju, gratuluję.

Widziałem dzisiaj parę. Dwoje ludzi. Szli za rękę, z zakupami jakimiś czy coś. I niby wszystko normalne, co dzień mijacie takich setki.. nie do końca. Mieli około 70 lat, oboje. I co, kurwa?

Pokolenie ruchania na imprezach, wymieniania się na lepszy model i spierdalania przez zobowiązaniami. Da się. Można. I pewnie pięknie jest być razem przez lata.

Chciałbym tak. Zakochać się. Poślubić. Zestarzeć się. Razem.

Żadna mnie nie zechce, bo jestem mordercą, ćpunem, alkoholikiem, niedoszłym samobójcą i maniakiem seriali brazylijskich, przy których płaczę niemal tak mocno, jak kiedy znowu mogę posiekać jakieś zwłoki. 

A jeśli już jakaś mnie zechce, to w końcu odejdzie. Jak zobaczy, co trzymam w piwnicy..

Nie chcę być zły już. Nie umiem być dobry. Jebać. Ale ty może jeszcze możesz.

wtorek, 10 czerwca 2014

Love story.



Bartek miał 19 lat. Kochał Zosię. Też miała 19 lat. Michał z kolei miał lat 21 i był bratem Zosi. Bartka nie znosił. Karolina zaś była ex dziewczyną Bartka. Teraz kochał się w niej Michał. Zosia jej nie znała, więc nie mogła jej nie lubić. Bartek miał w Karolinę wyjebane. Ona nie wiedziała o uczuciach Michała.

Nadążasz? Lecimy dalej.

Bartek i Michał grali kiedyś razem w drużynie. Ale to nie dlatego Michał nie lubi Bartka. Nie lubi go przez to, że ten źle traktował Karolinę, czyli dziewczynę, do której coś czuł. Nie wiedział co to, ale fajne było.
Postanowił jej to powiedzieć. Zaprosił ją do restauracji, zgodziła się. W tym samym dniu, w tej samej restauracji umówili się Bartek i Zosia. Siedzieli po dwóch różnych stronach knajpy, więc nawet się nie zobaczyli. Zosia i Michał, choć byli rodzeństwem, nie rozmawiali ze sobą na tematy sercowe. Więc nie wiedzieli, że spotykają się w tym samym miejscu o tej samej godzinie. A właśnie, bo to godzina ta sama była.

Więc, tak sobie siedzieli. Michał z Karoliną, Bartek z Zosią. Gadka się klei, śmiechu co nie miara. Pięknie wszystko. Niestety.

Do knajpy wpadło trzech zamaskowanych bandytów. Bo to jedna z najbogatszych knajp w mieście była. Terroryzowali ludzi, kazali im leżeć na glebie. Chcieli kasy, ale właściciel nie bardzo chciał ją oddać. Zaczęła się awantura. 

Jeden z terrorystów miał przypięty gaz łzawiący przy pasku do spodni. Przechodząc obok jednego ze stolików, zahaczył o niego i gaz wypadł, uderzając o ziemię. Debil, przestraszył się, że wpadła policja czy coś, zaczął strzelać na oślep. Jego kumple też spanikowali i też zaczęli strzelać na oślep. Kule latały jak misie pluszowe na parkiet po tańcu Dawida Kwiatkowskiego i jego partnera w tej telewizji ze słoneczkiem. Kiedy gaz rozpłynął się w powietrzu, a kurz opadł, właściciel baru ujrzał pole po bitwie. 

Gości było może kilkunastu w tym czasie. Wszyscy zginęli. I Bartek, co kochał Zosię. I Michał, co Bartka nie kochał, Zosie miał gdzieś, a Karolinę chciał mieć na zawsze. No i Zosia, i Karolina. 

Jak dwa Romee i dwie Julie. Albo dwóch Romeów i dwóch Juliów. Albo dwie Julie i dwóch Romanów, bardziej po polsku. Nieważne, nie żyją. Ah, cóż to za love story.

niedziela, 25 maja 2014

Spacer przez życie.



Wstałem rano. Znaczy to nie było rano. Jakoś 13 chyba. Całą noc nie mogłem spać. Całą noc oglądałem sufit i zastanawiałem się czy cokolwiek się w nim zmieni. Nie zmieniło się nic.

Żeby zasnąć muszę mieć kompletną ciszę. A w nocy co chwile jakiś samochód pod oknem, jacyś pijani małolaci. I ta dziewczynka z góry, co od kilku dni ma kaszel.

Śniło mi się, że mam dziecko. Beka, ja? Przecież nie umiałbym się zaopiekować świnką morską, a co dopiero dzieckiem.

Potem śniło mi się, że życie jest piękne, a wszyscy ludzie się kochają. Koszmar. Takie miałem sny.
Wychodząc z klatki mijałem kilku sąsiadów. Pedałów spod szóstki, co szli do taksówki, czekającej przed klatką. Wacusia spod piątki, co chciał ode mnie piątaka na jakieś tanie wino. I Baśkę aka Ozzy Osbourne spod dwójki. Naćpana jak pierdolony kot, który biega za laserem. 

Wyszedłem z domu. Szedłem ulicą Klawą obok szpitala. Nigdy tam nie byłem. 

Potem mijałem jezioro. Znaczy to jest staw, ja nazywam go jeziorem, bo stawy to są kurwa w kolanach i łokciach. Pływał w nim jakiś mały brzydki chłopiec. 

Następnie minąłem hotel. Przed drzwiami leżało coś, co wyglądało jak pułapka na szczury. Dziwactwo. W środku chyba nikogo nie było. Ale z drugiego piętra machał mi jakiś idiota, który pytał jak tam wczorajszy finał LM, bo nie miał jak oglądać. W ręku trzymał nóż, chyba smarował ketchupem kanapki przed chwilą. Ten nóż wypadł mu. Nie wiem czemu, podniosłem go i poszedłem dalej.

Potem był las. A za nim jakiś dom. Jeden, jedyny. Wszedłem do środka i zobaczyłem psa. Skoczył na mnie, broniłem się tym nożem. Padł jak zabity. W sumie to był zabity. Spierdoliłem stamtąd. 

Przeczytałeś? Przeczytałaś? Teraz poczytaj sobie resztę. A jak już czytałeś albo czytałaś, to wiesz o co chodzi. Jestem Frank, a tak naprawdę Darek, nienawidzę tego imienia. Jestem każdym na tym blogu, jestem nikim w życiu. Jestem wszystkim. I jebać to.

środa, 14 maja 2014

Mówiłem, żeby tam nie szła.

Jestem Darek. Mówią, że jestem psychopatą.

Spotkałem dziś dziewczynę. Piękną, szczupłą blondynkę z długimi nogami. Spytała mnie o drogę do najbliższego hotelu. Szybko wskazałem jej Hotel Pułapka. Był dość blisko, kilkaset metrów wzdłuż głównej drogi. Powiedziałem jej, że idę w tamtą stronę, więc mogę ją odprowadzić. I poszliśmy..

W mieście było już szaro, zbliżała się godzina dziewiętnasta. Szliśmy niemal bez słowa, non stop patrzyłem na jej piękne włosy. Mówiła, że przyjechała z daleka i jutro ma jakieś spotkanie w sprawie pracy. Kiedy doszliśmy do hotelu, powiedziałem jej, żeby tam nie szła. Spytała: dlaczego?

"W tym hotelu jakiś czas temu straszyło" uśmiechnąłem się. Stwierdziła chyba, że żartuję, bo uśmiechnęła się również i weszła do środka. Za nią zatrzasnęły się drzwi. W recepcji stałem ja.

Zapomniałem jej powiedzieć, że to mój hotel. Jakoś wyleciało mi z głowy. To, że w nim straszy, przecież jej powiedziałem. Zawsze coś.

Przestraszyła się. Ale powiedziałem jej, że nie ma się czego bać.. póki co. Dostała pokój numer 203. Lubię tę liczbę, nie wiem czemu. Dobrze mi się kojarzy.

W pokoju czekał na nią Albert. Mój pomocnik. Straszny wariat, lubi piłkę nożna i zjadać ludzi. A że telewizji nie mieliśmy, nie miał gdzie oglądać piłki. Więc zajął się swoją drugą pasją.

Mówiłem jej, żeby tam nie szła..

wtorek, 4 marca 2014

Jezioro marzeń.

Michał miał 12 lat. Od kilku lat mieszkał z rodzicami w domku nad jeziorem. Pewnego razu w odwiedziny przyjechała ciocia Basia z Kasią - 10 letnią córką. Dzieciaki zawsze się lubiły, od razu wyleciały na podwórko, by się bawić.

Michał był świetnym pływakiem, odkąd zamieszkał tu z rodzicami, niemal codziennie pływał w jeziorze. Dziś chciał zabrać ze sobą Kasię. Mama dziewczynki zgodziła się, ufała córce i wiedziała, że pod opieką Michała jest bezpieczna.

Dzieciaki ochoczo wskoczyły do wody. Po kilkunastu minutach mała Kasia zaczęła krzyczeć. Złapał ją skurcz w nodze, który utrudnił jej utrzymanie się na powierzchni. Zaczęła się topić. Michał rzucił się, by jej pomóc. Kiedy zanurkował, zobaczył, że to nie skurcz utrudnia Kasi pływanie. Za prawą nóżkę trzyma ją jakiś chłopiec. Mały chłopiec, miał może z 5 lat, ale wyglądał strasznie. Siny na twarzy, kompletnie nagi.

Kiedy ujrzał Michała, złapał i jego. Teraz trzymał dwójkę małych dzieci pod wodą, próbując je utopić. Nawet taki pływak jak Michał, nie mógł się wyrwać. Skąd ten dzieciak ma tyle siły w rękach?

Dzieciom zaczęła dostawać się woda do płuc. Straciły panowanie nad ciałem i powoli osuwały się na samo dno. A mały brzydki chłopiec zniknął.

Po godzinie matki zauważyły, że dzieci nie widać w wodzie. Zadzwoniły po pogotowie, wezwały sąsiadów do pomocy. Nic nie dało się zrobić.

Rodzina Michała nie wiedziała, że wprowadza się do domu z historią. Poprzednimi właścicielami byli Johnsonowie. Legenda głosi, że pani Johnson zaszła w niechcianą ciążę. Podobno nawet urodziła i wraz z mężem bestialsko wrzuciła nagie niemowlę do jeziora. To było jakieś 5 lat temu. Rozumiesz?

poniedziałek, 17 lutego 2014

Blok samobójców.

Mieszkam w bloku samobójców.

Jacek spod jedynki pracuje na dwa etaty. Ma dwóch synów, trudno mu się dziwić. Coś muszą jeść, w czymś muszą iść do szkoły. Haruje jak wół od ponad roku. Jest samobójcą, powoli, ale się zabija.

Basia spod dwójki ćpa. Bierze coś non stop. Wygląda już jak Ozzy Osbourne, a ma dopiero z 26 lat.
Zabija się tak już ze 4 lata.

Pod trójką mieszka gość, który ma długi. Podobno wisi jakimś typom spod ciemnej gwiazdy sporo kasy i wcale nie ma zamiaru uciekać. Będzie żył. Aż do niego wpadną z wizytą. Bo takiej kasy to on na pewno nie ma.

Wojtek, który mieszka pod czwórką to nasz wspólnotowy dziwkarz. Pieprzył się już chyba z każdą dziwką w tym kraju. Lata po burdelach, wydaje tam pieniądze, które zarobi na jakiś zakładach. Podobno pieprzył się nawet z Baśką spod dwójki. Jak Gomez i Motricia Addamsowie.. jedno bardziej ohydne od drugiego.

Piątka to Wacuś, pieprzony alkoholik. Wypiłby nawet benzynę, gdyby ktoś mu powiedział, że to wóda. I tak nie odróżnia już smaku. Kretyn, pije ponad 30 lat. Samobójca.

Szóstka to pedały. Marek i Jarek, czy jakoś tak. Debile, wprowadzili się na osiedle skinów, narodowców i kiboli. Podobno prawie wcale nie wychodzą z domu, a jak już, to jeżdżą taksówkami spod klatki. Samobójcy. Kiedyś trafią na taksówkarza-kibola i koniec.

Pod siódemką mieszkała Gosia. Powiesiła się wczoraj.

Za drzwiami numer osiem mieszkała mama Gosi. Powiesiła się dzisiaj, bo dowiedziała się o córce.

Dziewiątka to Bartek z Kaśką. Mam sypialnie sąsiadującą z ich sypialnią. Pieprzą się jak norki, kurwa bez przerwy. Nie wiem czy Bartuś leci na jakiś pigułach czy jak.. A Kaśka? Matko..
Nie pieprzą się chyba tylko przez te dwie godziny, kiedy śpią. Założę się, że w końcu stanie mu serce a nie to, co zawsze. Samobójcy.

A ja mieszkam pod dziesiątką i też jestem samobójcą, bo po trochu przebywałem z każdym z nich.

niedziela, 16 lutego 2014

Ostatni dom przed lasem.

Ostatni dom przed lasem.

Miałem wtedy chyba 12 lat, może mniej. Spędzałem wakacje u wujka na wsi. Kopałem piłkę o stodołę, ganiałem się z psem, zjadałem owoce z drzew. Dobrze to wspominam.

Po wsi krążyła legenda. Mówiła o tym, że ostatni dom przed lasem jest nawiedzony przez złe duchy. Pomiędzy nim, a resztą domów było jakieś pół kilometra, nikt się do niego nie zbliżał. Pewnego wieczora wujek opowiedział nam całą legendę. Mieszkał tam mężczyzna samotnie wychowujący kilkuletnią córkę - Marysię. Żona tego mężczyzny podobno zginęła w wypadku samochodowym, nikt ze wsi nie był jednak na pogrzebie, bo nikt nie wiedział kiedy, ani gdzie się odbędzie.

Co wieczór wyprowadzałem psa wujka i cioci - Reksa. Brałem go na smyczy i szedłem za wieś, gdzie pozwalałem mu pobiegać po łące. Oczywiście, z domu wujka, szedłem zawsze w przeciwną do lasu stronę. Po usłyszeniu legendy, postanowiłem pójść z psem do tego domu. Był stary, wyglądał na opuszczony. Mówiło się, że już od lat nikt tam nie mieszka.

Reks nie był zbyt chętny by tam iść. Pomyślałem, że to przez jego zamiłowanie do biegania po łące. Może nie lubi lasu. Nie sądziłem, że chodzi o coś innego.
Kiedy zbliżyliśmy się do ostatniego domu przed lasem, Reks zwariował. Zaczął się szarpać, skomleć i próbował uciec. Wtedy znikąd usłyszałem: "Ucisz tego kundla!".
Ale kiedy się obróciłem, z żadnej ze stron nikt nie nadchodził. Może się przesłyszałem.

Reks w końcu się wyrwał, ale zamiast uciekać, pobiegł do tego domu. Głupi, pomyślałem, przecież tam jest cholernie ciemno. Jak ja go tam znajdę?
Jedno było pewne - musiałem tam wejść.

Dom od środka też wyglądał na opuszczony, w powietrzu unosił się jednak dziwny zapach, jakby perfum. Od razu po wejściu wpadłem na coś i upadłem na ziemię. To był Reks! Sztywny, z zamkniętymi ślepiami, wyglądał jakby spał... po chwili zrozumiałem, że zdechł. Zacząłem krzyczeć i wtem usłyszałem ten sam głos, który kazał mi uciszyć psa. Tym razem krzyczał: "Zamknij się, obudzisz moje dziecko".

Po prawej stronie ujrzałem stare łóżeczko dla dzieci. Deski z niego powypadały, jednak w środku ktoś leżał. Kiedy podszedłem, okazało się, że to lalka. Co tu robi lalka? I kto, do jasnej cholery, do mnie mówi?

Wtedy spojrzałem w górę. Na wysokim suficie ujrzałem dwie osoby. Martwe osoby. Kobieta i mała dziewczynka. Obie zwisały nogami do dołu i wyglądały okropnie. Dziewczynka miała na ręce opaskę z imieniem - Marysia.

Wybiegłem z domu, rozwalając po drodze dziecięcie łóżeczko. Usłyszałem tylko: "Ty gnoju, gdzie ja położe teraz swoje dziecko?".

Do dziś nie wiem, czy ktoś tam mieszka. Do dziś nie wiem, czy wierzę w duchy. Jedno wiem, nikomu o tym nie powiem, bo stwierdzą, że zwariowałem. Dom przed lasem stoi do dziś i do dziś nikt do niego nie wchodzi. Całe szczęście.

sobota, 8 lutego 2014

Miałem taki sen


 "Miałem taki sen"


 
Miałem sen.
O ludziach.
Nudny na początku był.

Kłócili się. Ganiali. Krzyczeli.
Nie było zgody.
A rzecz działa się na dworcu PKP.

Potem wszystko się zmieniło.
Pod pociąg wpadł mały chłopiec, za nim skoczył jego ojciec,
za ojcem matka, a za nimi jakiś przypadkowy niedoszły bohater.

I ci ludzie, co się wcześniej kłócili przez to, że tak bardzo się różnili,
nagle stali jak wryci. Wszyscy, jak jeden mąż. Patrzyli na siebie, płakali, przytulali się, klepali po plecach.

Minęło kilka godzin i każdy z nich znów był taki, jak na początku.
Oprócz tych, co ich zabił pociąg.


Taki miałem sen.

kropka.

czwartek, 6 lutego 2014

"Święto zmarłych" cz. 1


Święto Zmarłych

Rozdział I
"Michał"



Na dużej sofie, przed telewizorem, w dość ciemnym pokoju siedzi 29-letni Michał. Zapatrzony w "Fakty", nie słyszy dzwoniącego telefonu. Gdy ktoś dzwoni trzeci raz pod rząd, w końcu odbiera. Słychać kobiecy głos.
- Halo?
- Czemu nie odbierasz?
- Zawiesiłem się, sorry.
- No okej, będziesz dzisiaj?
- (po chwili) Jezu, nie mogę, nockę mam.
- Słucham?
- Zapomniałem, przepraszam.
- Mieliśmy się spotkać, Michał.
- Wiem, wiem. Ale wiesz jaki dziś dzień. Poza tym Bartek utknął gdzieś w korkach za miastem, co poradzę?
- Nic, jak zwykle przecież. Nic nie dzieje się z Twojej winy. Nigdy. Muszę kończyć. Pa

 Dziewczyna rozłącza się.

- Aśka, zaczekaj, kurwa mać. Halo?

Zdenerwowany Michał odkłada telefon i zmierza do drugiego pokoju. Z telewizji dochodzi głos prezenterki:
- Policja apeluję o rozsądek za kierownicą. Od początku długiego weekendu, w około 30 wypadkach zginęły 4 osoby, a aż 20 zostało rannych. Największy ruch na drogach jest jednak w dniu dzisiejszym. Wszyscy wracamy z uroczystości na cmentarzach, upamiętniających naszych bliskich zmarłych. Dbajmy o to, by bezpiecznie wrócić do domu.

Michał w tym czasie wchodzi do swojego pokoju. Ma tam tylko łóżko i biurko. Na ścianie dyplom ukończenia ratownictwa medycznego i zdjęcie dziewczynki. Około 6 letniej małej dziewczynki. Spogląda na nią i wychodzi. Najpierw z pokoju, potem z mieszkania.

Cmentarz. Michał podchodzi do jednego z grobów, zapala znicz. Na jego twarzy pojawiają się łzy. Na pomniku widnieje zdjęcia małej dziewczynki. Tej samej, której zdjęcie ma w pokoju. Miała na imię Julia, zmarła mając 6 lat. Wieczór sprawia, że cmentarz wygląda pięknie. Mnóstwo zapalonych zniczy i wielu ludzi, odwiedzających groby swoich bliskich. Dzwoni telefon. Na zegarze 18:50.

- Tak, już jestem w drodze. Wpadłem tylko na chwilę do Julki. - mówi Michał, po chwili śmieje się, dodając - dobra dobra, mam kilka. Cześć.

Odkłada słuchawkę i odchodzi.




Rozdział II
"Wojtek"

Wojtek z żoną Marią i dwiema córeczkami wraca z zakupów do domu. Jest około pięćdziesięcioletnim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Odwozi żonę Marię i nastoletnie bliźniaczki - Gosię i Monikę.
- Zjesz coś jeszcze? - pyta Maria
- (spoglądając na zegarek) Już chyba nie zdążę, muszę być w pracy za 15 minut
- Kochanie, musisz coś zjeść.
- Kupię coś po drodze. Albo zwinę coś Michałowi, on ma zawsze pełno kanapek.

Wtem na tylnych siedzeniach dziewczynki zaczynają się mocno kłócić.
- Mamo, powiedz jej coś!
- Kochanie, mamusia rozmawia teraz z tatą, prawda? Nie przeszkadzaj. Przestańcie krzyczek, bo zamiast "Króla Lwa" polecicie od razu do łóżek.
Dziewczynki ucichły. Wojtek uśmiecha się do żony i mówi:
- Metoda na "Króla Lwa"? Tego jeszcze nie było.
- Cicho, panie Mufasa. - odpowiada Maria

Po chwili ciszy, dodaje.
- W telewizji mówili, że znowu masa wypadków w ten weekend.
- Jakoś mnie to nie dziwi - odpowiada Wojtek.

Podjeżdzają do domu, dziewczynki wysiadają z auta. Maria przed wyjściem z samochodu, rzuca:
- Jak najmniej zgłoszeń, kochanie.
- Dzisiaj? Pewnie będzie koszmar. Dobranoc.
- Dobranoc. - Maria zmierza do domu.

Wojtek wyciąga telefon i dzwoni.
- Cześć Michaś, już w pracy? - po chwili dodaje - Masz jakieś kanapki na wieczór dla wujka?
Na zegarze 18:50.



Rozdział III
"Ania"

Ania ma 24 lata. Dziś zaczyna nową pracę. Jest świeżo po studiach, szczęśliwa, że dostała się na staż. Właśnie wychodzi z domu, dużo wcześniej, żeby się nie spóźnić. Przed wyjściem zatrzymuję ją mąż, Marcin.

- Ej, paniusiu. A kopniak na szczęście? - pyta
- Dobra, dawaj. Ale nie mocno! - odpowiada Ania.
Marcin daje żonie kopniaka na szczęście i dodaje:
- Fajny dzień Ci się trafił na debiut, co?
- Nieważne, ważne, że wreszcie zaczynam.
- Powodzenia!
- Nie dziękuję. - rzuca Ania, wychodząc z mieszkania.

Wsiadając do auta, włącza radio.
- Jest 1 listopada, dzień zadumy, wspomnień i rozmów na temat naszych bliskich, którzy odeszli. Z drugiej strony to dzień, w którym ulice dojazdowe do cmentarzy są zakorkowane niemal od rana do wieczora. Policja apeluje o ostrożność i bezpieczny powrót do domu po długim weekendzie. W dzisiejszym dniu wrocławska policja zatrzymała już kilkunastu nietrzeźwych kierowców.

Ania bierze głęboki oddech i z uśmiechem rusza do pracy. Na zegarze godzina 18:20.